Święta Bożego Narodzenia to nie tylko czas rodzinnych spotkań, prezentów czy religijnych wzruszeń.  Po tym jak skończył się właśnie czas świąteczny nachodzi mnie refleksja o tym jak niektórzy uprawiają  w tym okresie drinking. A zaczyna się od pierwszego dnia świąt, a być może co u niektórych już od Wigilii.   Na stole, przy którym zasiada rodzina, ląduje w centralnym miejscu najbardziej okazały trunek. Nie jest to bynajmniej kompot z suszu, ale wódka. Zaczyna się wyścig. Dwóch braci czy szwagrów, którzy na codzień może nie bardzo się lubią,  są nagle w komitywie. Piją  jeden kieliszek za drugim sprawdzając kto dłużej wysiedzi przy stole.

Na świętach się nie kończy bo później przychodzi sylwester. A niektórzy potrafią się wprawiać w imprezowy nastrój na kilka dni przed. Czego dowód mogłam obserwować jadąc 30 stycznia rannym pociągiem z Warszawy do Zakopanego.

Dworzec Centralny w Warszawie. O godzinie 5 30 podstawił się pociąg.  Zaspana weszłam do wagonu bezprzedziałowego. Liczyłam na jeszcze kilka godzin snu. Nic bardziej mylnego. Ledwo wsiadałam, grupa młodych osób za mną (wyglądali na studentów) zaczęła się dogrzewać.  Wyjęli butelkę napełnioną przezroczystym płynem, kieliszki i zaczęli polewać. Zabawę mieli przy tym przednią, śmiechy, chichy i głośne Polaków rozmowy w porannym pociągu.  Znalazła się jeszcze na tyle jedna empatyczna dziewczyna, która czasem uciszała swoich kompanów  z uwagi na to, że pozostała część pociągu  może chce spać.

Gdy pociąg dojechał do Krakowa podchmielone towarzystwo pospało się. Myślałam, że tortury skończyły się i też sobie pośpię. Najgorsze jednak dopiero była przede mną. Na dworcu Kraków Główny wsiadło kilku młodych chłopa.  Było kilku fanów siłowni i łysiny. Towarzyszyły im trzy młode damy. Ci nawet nie zdążyli rozlokować bagaży a już wchodzili w butelkami w dłoniach i kieliszkami. Wódka zaczęła lać się strumieniami. Śmieli się wniebogłosy, wyli odwiedzając toaletę, klaskali sobie gdy udawali się tam gdzie król piechotą chodzi. Jak by to było nie wiadomo jakie osiągnięcie.  To byli mocniejsi zawodnicy. Pili całą drogę.  Chcieli nas jeszcze muzyką z odtwarzacza CD uraczyć, ale na szczęście w pociągu nie było prądu.

Oczywiście nie trudno się domyślić, że przez ponad trzy godziny drogi do Zakopca nawet myśli się przez ten hałas nie dało zebrać. O przepraszam nie do Zakopca, ale do Poronina. Bo wysiedli na przedostatniej stacji, mając pretensje do pozostałych pasażerów, że nie poinformowali ich, iż  ich stacja  docelowa Biały Dunajec już była. Bo oczywiście przegapili, albo w tym pijanym zaślepieniu pomyśleli, że mijają Czarny Dunajec.

Dla równowagi podróż  powrotna 2 stycznia do Warszawy przebiegła bez zakłóceń. Okazało się jednak, że moje koleżeństwo wracające pociągiem do Częstochowy miało jeszcze lepsze atrakcje niż ja trzy dni  wcześniej. Tam w pociągu tak pili, że konduktorka po policję dzwoniła. Zaczepili ją szukając  po całym pociągu Jolki.

No coż, niektórzy ostro wjechali w 2015 r.

Może to jednak lepiej, że popiją w towarzystwie i im ulży. Bo w Anglii podobno o problemach mówić bliskim nie wypada i każdy trawiąc swój kłopot pije w samotności.

Widać nie tylko u nas alkohol ma branie.

You Might Also Like

5 rzeczy, dzięki którym życie w czeskiej stolicy jest przyjemniejsze niż w polskiej

Zamiast drążyć konflikt, lepiej się pogodzić

Czy pasja i szczęście rodzinne idą w parze?