Owładnęła nami chciwość na pieniądze

Za zarabianie na  co raz większe potrzeby i naszą chciwość płacimy życiem 

money

Na dyżurce Szpitala Rejonowego w Białogardzie zmarła 44-letnia anestezjolog. Kobieta dostała zawału. Zmarła z wycieńczenia po prawie 94 godzinach nieprzerwanej pracy.

Informacja, która w ostatnich dniach wywołała wielki szum medialny.Jak to zwykle więc bywa dziennikarze pytają lekarzy czemu ich koleżanka musiała tyle pracować a ci odpowiadają, że za mało medyków, że muszą dorabiać bo mają niskie pensje itd. Wyjaśnienia, o których słyszy się od kilku lat przy okazji dyskusji nad stanem polskiej służby zdrowia. Ten bełkot  jak zwykle potrwa kilka dni po czym wszyscy zapomną o tragicznej śmierci i zajmą się nowym newsem. Rząd umyje ręce bo powie, że przecież lekarz to wolny zawód i sam decyduje jak pracuje. Tak jak to zresztą było przed pięcioma laty w opolskich Głubczycach, gdzie po pięciu dobach nieprzerwanego dyżuru padł inny medyk.

Praca dla pieniędzy

W całej tej sytuacji pojawia się pytanie o granice zachłanności i chciwości na pieniądze. No bo przecież zmarła anestezjolog pracowała dużo i więcej dzięki temu mogła zarobić. Niby związkowcy mówią, że dyrektorzy szpitali przymuszają lekarzy do dłuższej pracy. Zaraz jednak po cichu przyznają, że doktorzy mocno nie oponują bo mogą więcej zarobić.

„Panie i panowie!Chodzi o to, że chciwość-brak nam niestety lepszego określenia-jest dobra. Chciwość jest słuszna. Chciwość przynosi rezultaty. Chciwość wyjaśnia, streszcza i wyraża istotę ducha ewolucji. Chciwość we wszystkich jej postaciach-chciwość życia, pieniądza, miłości i wiedzy-popycha w górę rozwój ludzkości” 

To słowa Gordona Gekko z głośnego  filmu „Wall Street”  (1987 reż Oliver Stone) dobrze charakteryzują zaklęty krąg w jakim znalazł się dziś człowiek.  Chcemy mieć co raz więcej, kupować większe mieszkania, domy samochody, gadżety, luksusowe ciuchy to i musimy co raz więcej pracować. Chciwość pcha nas do tego aby  rozwijać się nieustannie, chodząc na kursy podnoszące nasze kwalifikacje czy uczestnicząc w psychoterapii, która odpowie nam wreszcie na pytanie jak żyć. Chcemy też zapewnić jak najlepszą przyszłość naszym dzieciom, przygotować je na wyścig szczurów toteż wysyłamy je do płatnych prywatnych podstawówek, na dodatkowe zajęcia językowe, muzyczne czy plastyczne. Na to wszystko potrzeba pieniędzy. Im więcej pragnień mamy tym więcej zielonych by się przydało. No i pracujemy jak woły  po kilkanaście godzin na dobę do domu przyjeżdżając tylko na sen. Albo tak jak lekarze-przez kilka nocy wcale.

Ci powiedzą, że przecież muszą bo jakby się nie zgodzili na dłuższą pracę to szpitale by padły. Zabrakło by lekarzy na dyżurach. No cóż za altruizm! Tyle, że wciąż mówi się o tym, że medyków brakuje. To oni chyba wiec powinni dyktować warunki szpitalom i nie godzić się na tak długie dyżurowanie? Skoro jest ich za mało to mogą i więcej zarabiać pracując mniej. A może sami chcą harować więcej bo zbierają na Porsche?

Zresztą ten problem nie dotyczy tylko lekarzy. Nienasycenie i chciwość jest wpisana w ludzką naturę. Skoro człowiek widzi, że może więcej pracować  bo więcej zarobi to ima się dodatkowych prac albo siedzi w biurze po  godzinach. Bo zarobi na nową zachciankę konsumpcyjną. Nie myśli wtedy, że może to okupić zdrowiem lub życiem.

Konsumpcjonizm i minimalizm

Trudno jest się ograniczać, gdy zewsząd reklama krzyczy kup ten produkt. Jesteś tego warty/warta! I nie unikniemy tego. To czy jednak ulegniemy reklamie zależy od naszych wewnętrznie ustawionych priorytetów. Dziś toczy się zażarta walka o serce człowieka. Konsumpcjonizm versus minimalizm, umiarkowanie. Ludzka chciwość i nienasycenie rodzi konieczność poszukiwania nowych przedmiotów. Pragniemy co raz to nowych doznań, znajomych na Facebooku, awansów w pracy, tytułów naukowych i nagród. A gdy zaspokoimy się jednym chcemy więcej.

A może jednak nie dotyczy to tylko naszych czasów? Już autor Listu św. Jakuba pisał ponad dwa tysiące lat temu

„Skąd się biorą wojny i kłótnie między wami?Nie skądinąd tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć…”. itd.

Dlatego rozumiem, że dziś co raz więcej osób chciwość na pieniądze przestaje pociągać. Ludzie wysiadają z tego pędzącego pociągu zarabiania, wydawania i konsumowania. Wolą mieć mniej, mniej kupić, ale mieć więcej czasu na sen,  dla rodziny czy jak niektórzy na modlitwę czy medytację. Chciwość przestaje być pociągająca. Ks. Jan Kaczkowski mówił zawsze, że ludzie na łożu śmierci w jego hospicjum nigdy nie żałowali, że za mało czasu poświęcili pracy. Ale tego, że  przez pracę czy  nieudolne działanie zaniedbali relacje z innymi ludźmi.

Wygoda w życiu to nie jest szczęście.

Wstań z  kanapy i włóż buty na długi dystans. Wyboista droga przynosi szczęście.

droga
To od Ciebei zależy jaką drogę wybierzesz i czy znajdziesz szczęście

„Nie przyszliśmy na świat aby wegetować, aby wygodnie spędzić życie, aby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi.[…].Przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad, trwały ślad. To bardzo smutne, kiedy przechodzimy przez życie nie pozostawiając śladu. A gdy wybieramy wygodę, myląc szczęście z konsumpcją, wówczas cena, którą płacimy, jest bardzo i to bardzo wysoka: tracimy wolność.”- to tylko niektóre ze słów jakie wypowiedział papież Franciszek w podkrakowskich Brzegach, podczas czuwania z okazji Światowych Dni Młodzieży.

Wobec wyzwania jakie rzucił papież nie da się pozostać obojętnym. Dokopuje się ono do każdego zakamarka duszy i każe zastanowić się nad życiem. Nad tym dokąd ono nas prowadzi. Myślę, że słowa Franciszka mogą wywierać wrażenie nie tylko na wierzących osobach. Bo stoją one w sprzeczności z naszymi współczesnymi dążeniami. My chcemy przecież ustawić sobie życie jak najlepiej, jak najwygodniej. To synonim szczęścia. Pragniemy mieć święty spokój i jak najmniej zmartwień. Zresztą i nie ma czemu się dziwić bo mniej kłopotów oznacza mniej nerwów.

Konsumpcjonizm

Dążymy do tego aby ułożyć się na tej wygodnej kanapie. Kupić sobie duże mieszkanie, duży dom i zasiąść wygodnie naprzeciwko wielkiej plazmy. Gromadzimy jak najwięcej dóbr, sprzętów AGD i RTV aby maksymalnie uprościć sobie życie. Konsumujemy. Lokujemy się na zamkniętych osiedlach bo możemy się odciąć się od wszelkich niebezpieczeństw tego świata.

Albo wręcz przeciwnie. Wyznając teraz modny minimalizm wiele osób za wszelką cenę ogranicza swoje wydatki, oszczędza jak najwięcej pieniędzy zapewniając sobie   poduszkę finansową. Co samo w sobie nie jest dziwne i złe. Potrzeba bezpieczeństwa jest dla człowieka jedną z podstawowych.

Minimalizm

Im bardziej analizuję ten skrajny konsumpcjonizm i położony na drugim biegunie minimalizm to dochodzę do wniosku, że trzeba gdzieś zachować umiar i znaleźć złoty środek. Czyli nie leżeć na wygodnej kanapie i nie kupować sobie co roku nowych smartfonów i plazm do salonu. Bo to nie przynosi nam na dłuższą metę szczęścia. Chwilowo zaspokaja nasze zachcianki by za moment znów wygenerować nowe potrzeby zakupowe. Z drugiej zaś strony nadmiernym skąpstwem wydaje mi się oszczędzanie na każdym kroku i odmawianie sobie kawy na mieście albo kupienia pary nowych butów na sezon jeśli bardzo nam się spodobają.

Ta metaforyczna kanapa zaś, o której tyle mówił Franciszek, wydaje mi się, że odnosi się do naszej postawy. Jeśli zarabiamy sporo pieniędzy i mamy nadwyżkę to może warto jest przeznaczyć jej nawet niewielką cząstkę na jakiś cel charytatywny. Ks. Stryczek od Szlachetnej Paczki nie raz powtarza, że walczy o to aby Polska nie była krajem dorobkiewiczów. Tzn. ziemią zaludnioną przez osoby, które jak już zaczną tylko lepiej zarabiać zamkną się na strzeżonych osiedlach, kupią ogromne suv-y i podniosą głowy ponad innych, mniej zamożnych. Papieżowi chyba chodziło o to aby niekoniecznie rozdać ubogim cały swój majątek, ale np. umieć wesprzeć pieniędzmi innych.

Drugie przesłanie słów papieża o tym aby nie wegetować na kanapie tylko założyć buty na długi dystans ,odczytuję w kontekście naszej aktywności zawodowej. Franciszek zachęcał młodych aby dać światu najlepszą cząstkę z samego siebie.. Aby pozostawić na ziemi jakiś swój ślad. Dla mnie to wyzwanie oznacza, że powinniśmy w życiu robić coś sensownego. Tzn. wykonywać pracę, która niesie jakieś dobro, ubogaca ten glob a jednocześnie pozwala nam się realizować. Jeśli swoje zadania wykonujemy chętnie to przynoszą one i innym dobre owoce. Co innego jak ktoś jeździ do pracy tylko dla pieniędzy. Nie dość, że pewnie wykonuje ją od niechcenia, nie ma dobrych rezultatów to jeszcze jest niewolnikiem roboty.

Ktoś powie, że papieżowi łatwo jest rzucać takie wyzwania ze swojej wygodnej pozycji. Jasne, ale ja obserwuję wielu ludzi, którzy już dawno wstali z wygodnej kanapy. I jest to jak najbardziej możliwe

Szczęście w dawaniu

Mówią bowiem, że  szczęście  to jest dawanie niż w branie. Dla mnie to stwierdzenie  potwierdza postawa życiowa kilku znanych osób. Szymon Hołownia, wzięty pisarz, postanowił pewnego dnia uruchomić fundację pomagającą sierotom w Lusace, stolicy Zambii. Mógł przecież siedzieć tylko wygodnie na kanapie i pisać książki tudzież jeździć do tvn-u na nagrania „Mam talent”. On jednak postanowił działać mimo, że rozkręcenie i koordynowanie takiej fundacji w Afryce niesie za sobą wiele problemów i niedogodności. Ilekroć jednak obserwuję go na szklanym ekranie czy czytam najnowsze książki, tylekroć mam wrażenie, że on odnalazł sens swego życia. Widać błysk w jego oku. Tę energię dają mu właśnie długodystansowe buty jakie pewnego dnia zdecydował się założyć.

Inna ważna dla mnie postać, która nie osiadła na wygodnej parafialnej kanapie a postanowiła walczyć o lepsze jutro dla innych to zmarły niedawno ks. Jan Kaczkowski. Duchowny chory na raka mózgu i ze słabnącym wzrokiem. Miał prawo powiedzieć, że wystarczy mu,iż będzie zwykłym parafialnym księdzem. Ograniczy się do głoszenia niedzielnych kazań.Przecież jest poważnie chory i ma ograniczenia. On jednak postanowił wykorzystać empatię jaką miał  dla cierpiących na raka i prowadził hospicjum w Pucku aż do śmierci.

Takie postawy dają kopniaka do działania. Podobnie zresztą jak słowa Franciszka.

Czy warto jeszcze czytać gazety?

Dzisiejsza prasa dostarcza mniej wartościowych informacji a częściej są one tak podane aby manipulować czytelnikiem.

reading

Czytelnictwo prasy w Polsce leci z miesiąca na miesiąc na łeb, na szyję. Gazety przegrywają konkurencję z internetem. W sieci newsy pojawiają się błyskawicznie.  O ile informacja o zamachu terrorystycznym opublikowana po południu na portalu newsowym ma dużą skalę rażenia o tyle pojawienie się jej następnego dnia rano na rozkładówce dziennika jest musztardą po obiedzie.

Internet przed kilkunastoma laty wdarł się w nasze życie i przyczynił się do zrewolucjonizowania rynku prasy. Wydawcy i dziennikarze z gazet muszą siłą rzeczy więc działać szybciej. Nie mają innego wyjścia jak szukanie newsów, które choć w niewielkim stopniu nawiążą walkę z portalami o czytelnika. W praktyce jest to trudne do wykonania.

Za darmo w internecie

Dlatego nieustannie zadaję sobie pytanie czy warto jeszcze wogóle sięgać po dzienniki skoro w internecie nie dość, że informację mamy szybciej to jeszcze za darmo ?

Jak podaje branżowy portal press.pl w 2005 r. codziennie sprzedawało się 1,6 mln dzienników ogólnopolskich. Zaś już w 2013 ich sprzedaż ogółem spadła do 900 tys. Dane za 2016 r. są jeszcze bardziej zatrważające dla wydawców. Biorąc po uwagę poszczególne tytuły np. Gazetę Wyborczą, w 2016 sprzedaje się ona codziennie w nakładzie 150 tys. Zaś Rzeczpospolitą kupuje tylko 50 tys osób.

Ostatnio często czytam w internecie m.in. na blogach o minimalizmie poświęconych psychologii o tym, że ktoś wogóle nie ogląda telewizji, nie czyta gazet ani portali newsowych bo jest na diecie informacyjnej. Mało tego bo wyznawcy tego typu teorii podkreślają, że nic przez to nie tracą, spokojnie im się żyje a informacja o zamach czy wypadku samochodowym i tak do nich dotrze innymi kanałami.

Cóż z jednej strony nie dziwię się takiemu podejściu. Internet bardzo często żeruje na emocjach. Portale są pełne newsów, z których nic nie wynika a zawierają tylko szokujące tytuły zachęcające do kliknięcia w nie. Przykład? „Pies pogryzł prezydenta!”. Po kliknięciu w newsa okazuje się, ze to po prostu czworonóg zaatakował innego zwierzaka o imieniu Prezydent. Zresztą w gazetach, które muszą produkować co raz więcej newsów, ich jakość jest wątpliwa.

Dieta informacyjna

W obu zatem źródłach mamy, więc ogrom chłamu, informacji bez pogłębionej analizy, które rzeczywiście nic nie wnoszą w nasze życie. Z drugiej jednak strony będę upierała się jednak przy tym, że warto śledzić niektóre informacje bo być może przekazywane w nich treści będą miały za jakich czas wpływ na nasze życie. Czasem warto jest wiedzieć coś zawczasu aby się do tego przygotować.

Weźmy chociażby newsy z rynku nieruchomości. Jeśli planujemy nabyć mieszkanie istotną informacją może być dla nas fakt, że rząd planuje rozpocząć budownictwo tanich mieszkań pod wynajem.Może to bowiem oznaczać, że ceny innych nieruchomości dla potencjalnych kupców spadną i warto się wstrzymać z transakcją.

To tylko jeden z nielicznych przykładów. Poza tym za czytaniem prasy przemawia jeszcze argument. Gdzieś usłyszałam, że inteligenty człowiek, dama czy gentelmen powinien śledzić co się dzieje. Dzięki temu jest świadomym obywatelem i potrafi zabrać głos na każdy temat, nawiązać konwersację.

Poza tym gazety a zwłaszcza tygodniki z pogłębionymi opiniami czy reportażami stanowią bardzo dobrą szkołę nauki pisania. Zwłaszcza dla osób, które parają się tym zawodowo czy nawet hobbistycznie. W tygodnikach możemy jeszcze natknąć się na bardzo dobre pióra. Przykładem są chociażby reportaże w „Polityce”, pisane w lekkim, nierzadko zabawnym i ironicznym stylu. Ja nie mogę się często od nich oderwać wzroku.

Przy wachlarzu korzyści płynących ze śledzenia prasy jest też wiele minusów. Ktoś powie, że dobre reportaże czy pogłębione wywiady zamieszczają już na swoich stronach internetowych blogerzy. Ja znajduję przykład dwóch takich blogów. Na razie to jednak perełki. Częściej blogerzy publikują na blogach osobiste opinie na dany temat, nie ma tam za dużo informacji, suchych faktów. Bo te trzeba by było zebrać. Tak jak to robią dziennikarze, dla których pisanie newsów czy reportaży to źródło dochodu.

Szkoła pisania

Poza tym wszystkim dostrzegam ogromny minus gazet, przez który nierzadko nie chce mi się do nich zaglądać. Chodzi o brak obiektywności. Dziś media w Polsce są podzielone. Mamy albo totalnie prawicowe tytuły typu „Gazeta Polska”, „W Sieci” czy „Do Rzeczy” albo liberalno-lewicowe czyli „Gazeta Wyborcza” czy „Newsweek”. Wydawcy nie są niezależni i mają określoną linię polityczną. Toteż pierwsze gazety bez cienia krytycyzmu, pod niebiosa wychwalają obecnie panującą nam partię i przyklaskiwać każdej jej decyzji. Zaś druga strona mediów będzie w czambuł krytykować to ugrupowanie a wychwalać opozycję. Cóż ciężko tu znaleźć złoty środek. Bo informacja w każdej gazecie jest na swój sposób zmanipulowana i odpowiednio podana odbiorcy. Tak wydawcy kształtują zero-jedynkowe postawy, których ja nie cierpię. Bo życie co roku uczy mnie, że nie ma tylko czerni i bieli. Jest bardzo dużo szarości. Na tym tle często lepiej wypadają blogerzy, którzy są niezależni i mogą pisać na prawdę to co myślą.

Dlatego jeśli ktoś chce mieć ogląd na obie strony powinen czytać dla porównania prasę lewicową i prawicową aby wysnuć sobie własne wnioski.

Pytanie tylko czy to jest gra warta świeczki i czy zamiast poświęcania czasu na czytanie gazet i denerwowanie się zalewającymi nas aferami politycznymi, informacjami o wypadkach nie lepiej wziąć się za ciekawą książkę. Alko odsapnąć od tego wszystkiego i wejść na pudelka.

Czy praca może być pasją?

Studia, które wybieramy mogą nas nie pasjonować, ale mogą okazać się przepustką do wymarzonej profesji.

pasja

Przełom czerwca i lipca. Czas wyborów i czas poważnych decyzji. Wielkie wyzwania przed młodymi ludźmi, którzy dowiedzieli się, iż zdali maturę i zastanawiają się nad tym co studiować i czy wogóle studiować.

Oczywiście są tacy szczęściarze, którzy być może od podstawówki wiedzą co w życiu chcą robić i przez całe gimnazjum oraz liceum dążą do tego celu, podporządkowując mu wybierane przedmioty dodatkowe czy fakultety.

Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Większość ludzi w wieku dziewiętnastu lat nie wie jeszcze do końca jaki zawód chciałoby wykonywać i co ich kręci, co ich podnieca. Najczęściej przy wyborze drogi życiowej kierują się własną intuicją, swoimi mocnymi stronami albo radami innych.

Na tym polu ścierają się zawsze dwa punkty widzenia. „Wybierz takie studia, które kochasz a później nigdy nie będziesz musiał pracować. Bo Twoja praca będzie pasją”- poradzą jedni.

Pasja a godne życie

„Wybierz kierunek, który da Ci pracę i godne życie a na pasję będziesz miał czas po pracy”-artykułują drudzy.

I weź tu młody człowieku bądź mądry i zdecydują się na coś gdy domorośli doradcy niby chcą dla Ciebie dobrze, ale w gruncie rzeczy sieją Ci jeszcze większy mętlik w głowie.

Kiedy ja ponad dziesięć lat temu wybierałam kierunek studiów myślałam dość pragmatycznie. Oczywiście pójście na politechnikę już wtedy wydawało się intratną inwestycją. Mówiono przecież, że po kierunkach ścisłych jest praca. Ale przecież nie mogłam się porwać z motyką na słońce. Przedmioty ścisłe, zwłaszcza fizyka, nie były nigdy moją mocną stroną.

Jako, że byłam dobra z humanistyki, uwielbiałam zaczytywać się w historii zdecydowałam się na wybór studiów prawniczych na jednym z uniwersytetów. Cóż, moje studia nie okazały się niewiadomo jak pasjonujące i porywające, ale trwałam na nich. Były mocno teoretyczne. Sporo nauki pamięciowej, kodeksy, paragrafy itp.

Skończyłam je, ale od razu wiedziałam, że wykonywanie stricte prawniczego zawodu to nie jest do końca to co mi w duszy gra. Od zawsze lubiłam pisać i gdzieś w głowie tliła mi się myśl, że może zaczęłabym pracować w redakcji gazety.

Dzięki mojemu samozaparciu i  wskazówkom pewnej dobrej duszy trafiłam do działu prawa jednego z ogólnopolskich dzienników. I wiecie co? Prawo mi się bardzo przydało. Bo lepiej być dziennikarzem, który ma specjalistyczną wiedzę na dany temat niż żurnalistą po gołym dziennikarstwie, którego studiowanie nie wiele daje. Warsztatu i tak najlepiej nauczyć się w praktyce.

Historia z dziennikarstwem w międzyczasie potoczyła się inaczej niż się spodziewałam. Postanowiłam zająć się czymś jeszcze innym. Mediacjami, czyli umożliwianiem ludziom polubownego rozwiązywania konfliktów. I tu znów wiedza prawnicza bardzo mi się przydała.

Wykorzystać szanse

Podsumowując wybrałam studia, które są bardzo uniwersalne. Dają dobrą bazę do wykonywania nie tylko zawodu sędziego, adwokata czy komornika.

Dlatego na pytanie czy warto było odpowiem, że tak. Mimo, iż nauka paragrafów nie okazała się moją wielką miłością. Tu jednak poszłam schematem wykorzystania szansy na studiowanie tego co nie do końca mi leżało. Musiałam się trochę natrudzić aby skończyć te studia. Wiem jednak, że pokonałam te trudności. Pokonałam siebie. A dziedziny, które wyjątkowo lubiałam jeszcze w liceum czyli m.in. literaturę, historię czy dziennikarstwo rozwijam nadal miłością własną. Bo nie potrzebowałam kończyć studiów dziennikarskich aby zostać żurnalistą. Zaś dużo na codzień czytając pogłębiam swoje zainteresowania w zakresie literatury i historii.

To jest jedna szkoła. Druga mówi o tym aby studiować coś co jest Twoją pasją. Tylko pytanie co to jest ta pasja, nad wyraz dziś kultywowana? Nie uważam bowiem aby pasją był fakt, że ktoś lubi czytać, podróżować czy gotować. To jest hobby. Pasja zaś to jest coś czemu oddajemy się bez reszty zapominając o Bożym świecie. Coś co nas tak kręci, że możemy to wykonywać 24 godziny na dobę.

Załóżmy, że ktoś odnajduje pasję w wykonywaniu zawodu grafika, aktora czy programisty. Brzmi super. Tylko, że łatwo można paść ofiarą tego zamiłowania. Ludzie kochając swój zawód pracują tyle, że nie potrafią już rozgraniczyć czasu wolnego od poświęconego pracy. Najłatwiejsza droga do pracoholizmu. A tym samym do nadszarpnięcia swego zdrowia czy nawet zaniedbywania rodziny.

Rozczarowania marzeniami

Inna sprawa jest taka, że świat nie jest idealny. A to dlatego, że ludzie, którzy stąpają po ziemi nie są idealni. Dlatego nawet kiedy osiągniesz ten swój wymarzony cel X, czyli skończysz studia, które są twoją pasją a później będziesz wykonywać wymarzony zawód nie oznacza to, że osiągniesz szczęście wieczne. Każda praca ma swoje wady i zalety. Ja np. kiedy dostałam się do pracy do redakcji myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Wyobrażałam sobie, że teraz będzie już tylko cudownie. Ale nasza projekcja to jedno a rzeczywistość drugie. Bardzo szybko okazało się, że sam charakter pracy mi odpowiada, ale to co się dzieje wokół niej już nie koniecznie. Chodzi m teraz m.in. o pogarszające się warunki pracy w mediach.

Teraz znajomość prawa przydaje mi się w mediacji. I bardzo lubię to zajęcie. Samo prowadzenie  spotkań i pomaganie skonfliktowanym ludziom w dojściu do porozumienia jest bardzo satysfakcjonujące. To co się jednak dzieje zanim dojdzie do spotkania niekoniecznie jest już  takie przyjemne. Trzeba umówić ludzi, zgrać w jednym terminie kilka osób czy naprodukować wiele dokumentów. W ogólnym rozrachunku zajęcie bardzo ciekawe, ale nie pozbawione mankamentów.

Poza tym mówiąc o pasji należy wziąć pod uwagę, że to nie jest tylko coś do czego wykonywania mamy nadzwyczajne zdolności. Malcolm Gladwell w książce „Poza schematem”,w której analizuje drogę do mistrzostwa wielkich tego świata, wskazuje, iż nie pasja o tym zadecydowała. Bardziej wrodzone umiejętności. To jednak tylko 10 proc. sukcesu a reszta to samozaparcie i ciężka praca. Czyli ćwiczenia i jeszcze raz ćwiczenia jak np. u znanych muzyków. Sam autor książki pasjonuje się np. golfem. Lubi grać, ale przyznaje, że nigdy nie będzie w tym tak dobry jak ludzie, którzy nie dość, że mają do golfa zdolności to jeszcze pracują nad tym kilka godzin dziennie. Moim zdaniem to bardzo trafna teoria. Ja np. uwielbiam się uczyć języków obcych, ale nie przyswajam ich jakoś super łatwo jak inne znane mi osoby. Nie mam np. dobrego słuchu. I co? Można mieć pasję do czegoś, ale wcale nie oznacza to, że jest się w tej dziedzinie najlepszym.

Żyć po swojemu 

Wniosek z tego taki, że można też iść na studia, które nie do końca będą nam łatwo szły, ale być może okażą się bardzo przydatne i polubimy je. Lub wręcz odwrotnie. Dlatego jestem zdania, że lepiej poszukiwać niż trwać przy czymś uparcie, udowadniając sobie jakim to się jest konsekwentnym.

Podsumowując, najważniejsze jest to aby słuchać siebie, kierować się intuicją. Wiadomo, że rodzice, ciocie, wujkowie czy znajomi doradzając nam wybór drogi życiowej robią to w dobrej wierze. Chcą dla nas jak najlepiej. Ale to jednak nasze życie i my musimy przez nie przejść. A aby żyć po swojemu trzeba mieć odwagę. Ludzie, którzy ją mają bardzo mnie inspirują. To zazwyczaj właściwe osoby na właściwym miejscu.

Czy ciuch jest luksusem?

Masowo i tanio produkowane ubrania w Azji nadal nie są dostępne dla wszystkich.

clothes

Zadowolona, spełniona i nasycona wraca do domu z torbami pełnymi zakupów. Trwają właśnie wyprzedaże i w końcu znalazła czas aby puścić wodze fantazji oraz oddać się szaleństwu zakupowemu. Przygotowywała się do tego od kilku dni, przeglądając strony internetowe znanych sieciówek odzieżowych. W końcu gdy znalazła się w centrum handlowym poczuła ten dreszczyk emocji związany z polowaniem na okazję.

Po kilku godzinach w galerii handlowej obkupiła się. Parę bluzeczek, kilka sukienek na lato i sandałki. To nic, że bluzeczki z poliestru czy lichej bawełny mogą się szybko zniszczyć. Pochodzi w nich trochę i wyrzuci. W końcu dała średnio tylko 40 zł za sztukę. No grzech byłoby  nie wziąć! A każdą parę butów upolowała za mniej niż 100 zł. Też przecież tylko na ten sezon. Za rok kupi nowe.

Spełnienie w galerii handlowej

Wielu  konsumentów biegającym w okresie wyprzedaży po centrach handlowych myśli w ten sposób. Pędzą przed siebie, patrzą to na lewo, to na prawo. Bo i ta witryna sklepowa zachęca aby wejść do środka i tamta też. Nie wiadomo na co się zdecydować. Może jednak nie samo dokonanie zakupu jest najważniejsze, ale palpitacja serca towarzysząca polowaniu na okazje. Na kupieniu jak najwięcej za jak najniższą cenę.

Tymczasem gdzieś obok centrum handlowego żyje Ula. Mieszka na  jednej z warszawskich ulic. Czasem  zimą, jak już mrozy przycisną idzie do schroniska dla bezdomnych. Teraz jest jednak lato i może beztrosko przechadzać się wzdłuż warszawskich chodników i czasem kogoś zagadać. Marzy tylko o tym aby ktoś okazał jej odrobinę zainteresowania.

homeless

Zatrzymuje się koło niej młoda dziewczyna. Ula z jakiegoś powodu ją zainteresowała

-Jestem Ula. Właśnie od kilku dni nie piję. Jak miło, że ze mną rozmawiasz- mówi bezdomna

-Dlaczego Pani wogóle pije. Nie może Pani się z tego wyleczyć?- pyta dziewczyna

-Wiem, że powinnam, ale do tego trzeba mieć siną wolę. A ja takiej nie posiadam. Zresztą po co miałabym z tego wychodzić, dla kogo?

-Nie ma Pani żadnych bliskich? – drąży temat dziewczyna

-Miałam kiedyś męża. Bardzo się kochaliśmy. Zmarł. A mi się tak życie potoczyło, że wylądowałam na ulicy. Długi i te sprawy. Mam córkę, ale ona mieszka w innym mieście i nie utrzymujemy kontaktów- odpowiada Ula

-I jest pani totalnie sama?- nie  ustaje w pytaniach dziewczyna

-Mam teraz chłopaka. On mnie bije, ale i tak go kocham. Wspieramy się żyjąc na ulicy- mówi Ula

Brak ubrania

Przyznaje się swojej rozmówczyni, że ma 42 lata. Chociaż w rzeczywistości wygląda na 60. Zniszczył ją alkohol i tryb życia jaki prowadzi. Nie chce jednak od dziewczyny pieniędzy na kolejną butelkę.

-Mam do Ciebie dziecko tylko jedną prośbę. Tylko jedno życzenie.

-Chce Pani  coś zjeść?- pyta dziewczyna

-Nie.Proszę Cię tylko, jeśli masz taką możliwość, abyś zorganizowała mi trochę ubrań. Może masz jakieś niepotrzebne. Na prawdę nie mam w czym już chodzić. Wszystko mi się podarło i nie ma skąd wziąć zamienników- rozpaczał Ula.

-Jak coś Ci się uda znaleźć przynieś mi proszę tutaj. Jak zapytasz na pasażu muranowskim o Ulę każdy Ci powie gdzie jestem bo mnie tu wszyscy znają- dodaje bezdomna na koniec rozmowy.

Dziewczynę zamurowało. Mnie zresztą też, po wysłuchaniu tej historii. Tą dziewczyną nie byłam ja, ale moja siostra. Ona zresztą nosi w sobie wyjątkową wrażliwość i przyciąga różnych ludzi.

Nie sama jednak osoba Uli zaskoczyła nas tu najbardziej. Zdruzgotała mnie jej prośba. Żyłam w przekonaniu, że w dobie masowej produkcji ubrań nie ma problemu z dostępnością do nich. Ludzie kupują na potęgę. Byle więcej, byle taniej. Gdy już  ciuchy nie mieszczą im się w szafie część osób robi przecież porządki i wyrzuca latami nagromadzone ubrania. W końcu można pod nimi utonąć i nawet największe piwnice pękają w szwach od nadmiaru tekstyliów tak, że nie ma już gdzie roweru wcisnąć.

Masowa konsumpcja

Gross osób jeśli nawet nie wyrzuca ubrać bezpośrednio do śmieci to fatyguje się z torbami w kierunku konteneru na używaną odzież.  Nigdy nie wnikałam w to co z tymi ubraniami się dzieje bo zawsze myślałam, że trafiają np do jakiś potrzebujących. Ostatnio przeczytałam, że wiele z tych zasobów ląduje pózniej w lumpeksach.

Okazuje się, że najbardziej potrzebujący, którzy mogliby z nich najlepiej skorzystać nie mają do nich dostępu. Czyżby ubranie, częstokroć produkowane masowo i jak najniższym kosztem np. w Bangladeszu było towarem nie dostępnym dla części osób? Wiem, że jak ktoś nie ma pieniędzy to i nie ma za co kupić nawet za 20 zł ciucha na wyprzedaży. Ale dziś przecież wyrzucamy tony jedzenia i tony ubrań. Kupujemy i konsumujemy szybko. Niechby z pozostałości po naszych zachciankach, niepohamowanych potrzebach zakupowych skorzystał jeszcze ktoś inny.

Ty jesteś swoim najlepszym rzecznikiem prasowym

W każdej pracy, niezależnie czy  jesteś na etacie czy na własnej działalności, zarabiasz na swoje nazwisko i budujesz wizerunek.

kaboompics.com_Man typing on a wooden Orée Keyboard
Odpowiadając na maile budujesz swoją markę

„-To nie leży w zakresie moich kompetencji. Proszę zgłosić się z tym problemem do koleżanki”- nie  raz i nie dwa słyszeliśmy takie zdanie stojąc przy okienku w banku czy w urzędzie. Zdezorientowani, zagubieni i odprawieni z kwitkiem. Tak czujemy się z zderzeniu z instytucją, która stosuje zasadę oddalania od siebie trudnych zadań czyli tzw. spychologii. A tę instytucję tworzą ludzie, których spotykamy twarzą w twarz a często ich sobie zapamiętujemy.

Mój pr

Kiedyś, przygotowując research do artykułu dziennikarskiego, zdarzyło mi się zadzwonić do pewnego wojewódzkiego inspektoratu sanepidu. Jako dziennikarz skierowałam swe pierwsze kroki do rzecznika prasowego. Odebrała bardzo miła pani i oznajmiła mi, że zakres informacji, o których przekazanie proszę leży co do zasady w kompetencji powiatowego inspektoratu sanepidu. Po chwili milczenia dodała jednak, że ona mi pomoże, porozumie się z jednostką niższego rzędu i przygotuje mi za kilka godzin dane, o które proszę.

Jakie było moje pozytywne zaskoczenie gdy to usłyszałam? A pani rzecznik prasowa, wyczuwając moje zaszokowanie, grzecznie dodała -Robię to dlatego, iż wiem, że pracuję na markę mojego nazwiska a nie tylko na pr tej instytucji- powiedziała. Oniemiałam. Usłyszałam zdanie, które powinno być kwintesencją relacji międzyludzkich, budowania długofalowych stosunków gospodarczych w biznesie, w pracy czy w rodzinie.

Ludzi spotykasz dwa razy

Jest takie piękne niemieckie przysłowie. Nasi sąsiedzi z zachodu powtarzają, że w życiu ludzi spotyka się dwa razy. Co oznacza ni mniej ni więcej, że nie możesz być pewnym, że gdy palisz za sobą mosty, pokłócisz się z kimś na zabój czy nawymyślasz mu od najgorszych to nie spotkasz go już nigdy więcej. Być może osobę, na którą kiedyś nakrzyczałeś w autobusie, zobaczysz ponownie na rozmowie kwalifikacyjnej starając się o pracę. Być może mężczyzna, z którym kiedyś miałeś stłuczkę i nazwałeś go „ślepym idiotą ”będzie twoim klientem.

W życiu nigdy nic nie wiadomo. Ludzkie ścieżki splatają się w sposób, o którym filozofowie nie śnili. Dlatego wychodzę z założenia, iż czasem lepiej ugryźć się w język i powiedzieć mniej niż za dużo gorzkich słów.

Wielkim sprawdzianem tego jaką marką jesteś jest nie tylko komunikacja bezpośrednia. W świecie internetu czy mediów społecznościowych o naszej klasie świadczy też to jak odpowiadamy na miale czy na telefony. Bo zrozumiałe jest, że jak ktoś do nas dzwoni to możemy nie odebrać bo np. siedzimy na spotkaniu. W dobrym tonie jest jednak oddzwonić. Nawet wówczas gdy widzimy na wyświetlaczu telefonu nieznany numer. Oddzwonienie jest tym bardziej wskazane jeśli prowadzimy firmę. Świadczy o tym, że  zależy na na kliencie, że szanujemy go.

Zauważyłam, iż ludziom pracującym na etacie chce się często mniej. Wychodzą z założenia, że czy się siedzi czy się leży to i tak kasa na koniec miesiąca się należy. Toteż nie dziwią mnie już sytuacje gdy etatowy pracownik firmy, która jest twoim klientem, odpowiada na miale po kilku dniach. To i tak jest często szczyt luksusu, gdyż etatowcom zdarza się na wiadomości elektroniczne nie odpowiadać wogóle. I Ty nie wiesz czy odbiorca dostał twą wiadomość, czy wpadała mu do spam-u czy też poszła w wirtualny niebyt.

Nie twierdzę, że wszyscy tak robią. Są wyjątki. Tak samo jak nie uważam, aby osoba prowadząca własną firmę miała opanowaną komunikację wirtualną do perfekcji. Jej się po prostu tylko więcej chce bo wie, że  m.in.od  tego czy zadowolony jest klient zależy jej zarobek.

To jak zachowujesz się wobec klientów firmy, w której jesteś zatrudniony na etacie, świadczy nie w pełni o twoim pracodawcy, ale o Tobie. Czy to jednak pracując dla kogoś czy u siebie  odbieramy maila wypadałoby to potwierdzić, podziękować za otrzymane informacje. Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć od razu na pytanie, którego autor maila zadał nam w wiadomości.

Na tym polega m.in. konstruowanie naszej osobistej marki, tworzenie długotrwałych relacji biznesowych, budowanie zaufania. Dobrze prosperujący biznes powstaje latami. Jego podstawą jest długodystansowe spojrzenie i wytrwałość. Ludzi należy traktować z szacunkiem bo nie wiadomo kiedy ponownie spotkamy się z nimi.

Manipulowanie, poniżanie innych, kłamanie to osłabianie samego siebie. Prowadzi na manowce. Bo może przy takim podejściu da się zrobić szybką kasę, pocwaniaczyć, ale na dłuższą metę  doprowadzi do upadku największych graczy na rynku.

Budowanie mojej marki osobistej rozpatruję w kontekście zadawanego sobie nieustanie pytania. Otóż co chciałabym aby drugi człowiek wyniósł ze spotkania ze mną ? A życzyłabym sobie aby być dla innych źródłem dobrej energii, entuzjazmu, inspiracji życiowej i zawodowej

Kulturalny maj

Do kina w maju warto było się wybrać tylko na „Nice guys”. Wśród warszawskich  teatrów  prym wiedzie Roma i jej „Mamma Mia’ 

Kulturalnych rozrywek nie nazbierało się w maju zbyt dużo. Idea chodzenia przynajmniej raz w tygodniu do kina spełzła u mnie na niczym bo zwyczajnie nie było co zobaczyć na dużym ekranie.

Bajkami dla dorosłych typu „Zwierzogród” jakoś nie byłam zainteresowana a recenzje dwóch innych filmów, które pierwotnie chciałam zobaczyć, skutecznie mnie do nich zniechęciły. Mam na myśli „Wszystko gra”- reklamowany zewsząd musical z Kingą Preis w roli głównej i amerykańską komedię „Dzień Matki”. Zwierz Popkulturalny napisał o tym ostatnim, że to to totalne dno i po raz pierwszy wyszedł z kina przed zakończeniem seansu. To wystarczyło aby odmówić sobie wątpliwej przyjemności zobaczenia superhitu z Julią Roberts i Jennifer Aniston w rolach głównych.

Nice guys rządzą

Nie porzuciłam jednak w maju zupełnie sali kinowej. Mimo niewielkiego wyboru w repertuarze znalazła się jedna perełka. To „Nice guys” z głównymi rolami Ryana Goslinga i Russella Crowe. Nie wiedziałam, że ci faceci mają taki talent komediowy. Dotychczas miałam okazję oglądać ich w dramatach czy sensacjach. A już Russell Crowe kojarzył mi się głównie z  patetyzmem i bohaterami podobnymi do Gladiatora”

N G

W „Nice guys” jest zupełnie inaczej. Obaj panowie grają detektywów. Ryan Gosslin nie jest już tak piękny jak w innych produkcjach. Nosi wąs i nie zawsze perfekcyjnie ułożoną fryzurę. Jego postać jest raczej komiczna bo nie stroni od alkoholu i popada przez to w różne tarapaty. Poniekąd także  przez swoją niezdarność. Z opresji ratuje go często trzynastoletnia córka, która jest najjaśniejszym punktem tego filmu.

Detektyw Ryan Gosling spotyka, więc pewnego dnia na swojej drodze detektywa Russella Crowe. Ten ostatni z kolei, to okaz brutalności z lekką nadwagą. Nie waha się spuszczać innym mocnego lania a nawet jak trzeba to dopomagać w śmierci.

Panowie świetnie się uzupełniają. Mają za zadanie rozwikłać zagadkę śmierci twórców filmu pornograficznego, który w podtekście miał zupełnie inne przesłanie. Demaskował przekręty  lokalnych polityków. Niestety wszyscy młodzi ludzie, którzy się zaangażowali w jego stworzenie,  ginęli po pewnym czasie.

Śmieszna jest już więc oś fabuły, wokół której toczy się akcja filmu. Dialogi wymieniane pomiędzy bohaterami pana Goslinga i Crowe powodują, że cała sala kinowa, aż ryczy ze śmiechu.  Komiczne są też sytuacje i interakcje jakie zachodzą między obydwoma panami. Krótko mówiąc, już dawno nie widziałam tak śmiesznej i inteligentnej czarnej komedii. A w ostatnich latach to w kinie rzadkość, zwłaszcza amerykańskim. Dialogi bywają zwyczajnie głupie a humor sytuacyjny jest taki, że widać, iż bohater sztucznie się np. przewraca. Trudniej jest stworzyć śmieszną inteligentną komedię niż dobry dramat. W „Nice guys” wszystko się zaś spina.

Średnia grecka uczta

Mniejszy zaś entuzjazm ogarnął mnie za to kiedy wyszłam z sali kinowej po obejrzeniu „Moje greckie wesele 2”. Zobaczyłam to chyba trochę z braku laku. Jak już jednak poszłam, zapłaciłam za bilet to wypada coś o tym filmie napisać. A dzieło jest dość pretensjonalne. O ile o pierwszej części komedii mogę napisać, że położyła mnie na łopatki, o tyle nie pamiętam nawet ile razy uśmiechnęłam się na drugiej.

mgww2

W filmie chodzi o to, że kilkanaście lat po ślubie Greczynka z amerykańskimi korzeniami Toula nadal próbuje uwolnić się od wszędobylskich greckich krewnych. Zaakceptowali oni już jej małżeństwo z Amerykaninem i już nawet nie próbują na siłę kierować jej życiem. Znaleźli sobie za to nowy obiekt do ingerencji. Jest nim nastoletnia córka Touli i jej męża Iana. Akcja toczy się wokół tego, że dziewczyna chce się wyrwać od nadopiekuńczych rodziców i dziadków na studia do innego miasta a stary Grek-dziadek szuka jej greckiego narzeczonego. Tak aby wszystko zostało wśród swoich i rodziły się dzieci o greckich korzeniach. Dziadkowie, ciocie, wujkowie towarzyszą nastoletniej latorośli Touli i Iana podczas każdego ważniejszego wydarzenia w jej życiu. Z jednej strony dziewczyna broni się przed nimi i zapala ze wstydu gdy za nią wszędzie chodzą jak np. podczas szkolnej uroczystości. Z drugiej jednak, doceni w końcu silne więzi rodzinne, wsparcie najbliższych i będzie się głęboko zastanawiać czy wyjechać na studia.

Drugim wątkiem filmu jest małżeństwo rodziców Touli, a w zasadzie jego brak. Bo mimo, że starsi państwo są ze sobą jakieś 40 lat, to ich związek okazuje się być nieważny. Powinni więc wziąć ślub ponownie. Kłopot w tym, że dziadek ma opory przed kolejnym oświadczeniem się babci a ta ostatnia bez oficjalnego zaręczyn nie chce  pójść do ołtarza. W organizację oświadczyn i przygotowania do wesela angażuje się oczywiście cała grecka rodzina.

Naiwną i dość przewidywalną sceną w filmie jest np. randka Iana i Touli. Umawiają się na nią bo nie mają dla siebie czasu. Ich rozmowa przy kolacji naturalnie zbacza na temat nastoletniej córki.

Z drugiej strony bardzo życiowa i prawdziwa jest refleksja w filmie nad tym, że starzejący się rodzice w coraz większym stopniu potrzebują atencji i opieki swych dorosłych dzieci. Tak więc Toula musi pomagać staremu ojcu np. w obsłudze komputera. Reasumując film można obejrzeć jeśli ktoś nie ma co zrobić z czasem.

Brawa na stojąco

Na koniec nie omieszkam jeszcze wspomnieć o uczcie muzyczno-teatralnej, w jakiej miałam okazję uczestniczyć w tym pięknym majowym miesiącu. Chodzi o musical „Mamma Mia” w warszawskim teatrze Roma. Jak to zwykle w Romie bywa widz może zachwycać się rozmachem z jakim zrealizowane jest przedstawienie. Piękne dekoracje, świetna muzyka, śpiew aktorów i tancerzy, sprawiły, że rzeczywiście poczułam się jakbym przeniosła się w lata 70 kiedy to królował zespół Abbs. Chociaż jeszcze mnie wtedy na świecie nie było.

Musical jest w dużej mierze podobny do filmu jaki kilka lat temu leciała w kinach z Meryl Streep w roli głównej. Czyli matka z córką mieszka na jednej z pięknych, uroczych greckich wysp, Prowadzą wspólnie pensjonat. Trwają jednocześnie przygotowania do ślubu córki z lokalnym przystojniakiem. Dziewczyna nie zna jednak swojego ojca a chciałaby aby takowy poprowadził ją do ołtarza. Z pamiętnika matki dowiaduje się jednak, że ona sama nie wie kto jest ojcem jej dziecka. Może to być jeden z chłopaków, z którym spotykała się w tym samym czasie. Toteż dziewczyna postanawia zaprosić wszystkich trzech już panów w średnim wieku na wesele.

MM

Nie trzeba chyba dodawać, że z tego biorą się wszystkie perypetie musicalu. A wszystko okraszone jest piosenkami Abby, przy których aż cała widownia Romy podskakuje. Bo te piosenki łatwo wpadają w ucho. Trochę się obawiałam piosenek Abby w polskim tłumaczeniu, ale polscy twórcy musicalu świetnie sobie poradzili.

Młodzi aktorzy na scenie skaczą, przewracają się, ale głównie tańczą jak szaleni. A chwilę później, bez cienia zmęczenia, zasapania, czy fałszywej nuty śpiewają kolejne zwrotki piosenek ABBY. Sceny taneczne są tak elektryzujące, że od aktorów nie sposób oderwać wzroku.

Na koniec brawa na stojąco mówią dużo o walorach tego przedstawienia.

Mimo, że bilety do Romy nie należą do najtańszych bo oscylują w granicach 110-140 zł to mam poczucie, że to dobrze wydane pieniądze. Zawsze gdy opuszczam Romę mam dobry humor i nigdy nie zawiodłam się na ich show. A z nostalgią wspominam „Upiora w operze” czy też „Deszczową piosenkę”. Po wyjściu z Romy pomyślałam sobie, że dobrze, iż taki teatr jest w Warszawie a ja w niej mieszkam.

 

Dlaczego ciągle jesteśmy zajęci

Wszyscy chwalą się swoim zarobieniem i zajętością a w rzeczywistości tracą czas w pracy

work-2
praca to zajętość

„Oh, byłam dziś tak zajęta w pracy, że nie miałam czasu się po dupie podrapać”- ileż to ja się nasłucham takich utyskiwań od członków mojej dalszej, lub bliższej rodziny czy znajomych. Zajętość jest  modna.

Wiele osób uwielbia mówić o swoim zapracowaniu czy permanentnym braku czasu po to aby podkreślić ile mają na głowie. Bo jak jesteś bardzo zajęty to na pewno oznacza, że robisz coś niezwykle ważnego. Ze swojego doświadczenia wiem, że w pracy bywa różnie. Można bardzo się starać i wkładać w swoje zadania 100 proc. zaanagażowania a można też przegadać pół dnia i na koniec zabrać się za intensywną robotę bo np. zbliża się deadline.

Gadanie o niczym

Nie raz byłam świadkiem bądź uczestnikiem rozmów o niczym w trakcie pracy. Kobiety uwielbiają gadać o nowych kieckach, osiągnięciach swoich dzieci czy chorobach. Z drugiej strony bardzo dobrze idzie im narzekanie na mężów. Faceci w pracy nie są lepsi od kobiet. Bo ci z kolei rozprawiają o samochodach, albo jarają się głupimi filmikami na youtubie.

-„A wiecie co zrobił mój syn wczoraj? Przyprowadził do domu koleżankę ze szkoły i okazało się, że pochodzi z Francji. Nie mogłam się z nią porozumieć i Krzyś musiał wszystko tłumaczyć.”

Ależ to super interesujące!

Albo

  • „Na tego mojego męża nie mogę nigdy liczyć. Wszystko na mojej głowie
  • Jak jest taki nie dobry to weź się zbuntuj i nie prasuj mu koszul
  • A czy ja Ci powiedziałam, że jest niedobry? Kto dał Ci prawo mówienia tak o Sławku…”

Tak wyglądają dzienne Polaków rozmowy w biurach. To jest nasza zajętość.

Szef nie płaci za plotki

Totalna strata czasu. I to w godzinach pracy. Powiedziałby ktoś, że to nieuczciwe. Pracodawca nie płaci nam za pogaduchy czy za plotkowanie tylko za efekty pracy. Jeszcze żeby te rozmowy były jakieś konstruktywne, a one nic nie wnoszą w nasze życie. I tak z ośmiu godzin pracy de facto wykonujemy robotę w cztery. Albo i mniej. Bo zliczając wyjścia na kawki, lunche czy spotkania poświęcone  najnowszej strategii firmy, na merytoryczną pracę zostaje nam jakiej 2 godziny.

Jeszcze gorzej jest gdy pracujemy na open space. Tam to dopiero jest jazda bez trzymanki. Ktoś chciałby się skupić na swoim zadaniu a tu koleżeństwo zaczyna opowiadać o wczorajszym meczu. Nie ma jak pracować bo jest za głośno. Siłą rzeczy wciągają Cię w dyskusję. Możesz siedzieć i klepać w klawiaturę w słuchawkach, ale od głośniej muzyki na dłuższą metę rozstrajasz się.

Kto wogóle wymyślił pracę na otwartej przestrzeni, gdzie trzeba upchnąć obok siebie 30 biurek? To bynajmniej nie sprzyja efektywnej pracy.

Nic dziwnego, że na koniec dnia, gdy trzeba wykonać pilne zadania wszyscy się spinają i wychodzą z biura po 17 lub 18 z bolącą głową.

Odkąd odeszłam z etatu i pracuję na własny rachunek  jestem znacznie bardziej efektywna. Potrafię wykonać więcej zadań w mniejszej ilości czasu. Wszystko przez to, że mogę się maksymalnie skoncentrować na pracy. Wiem oczywiście, że taki system nie jest dla każdego. Bo niektórzy potrzebują motywatora w postaci szefa aby zabrać się za pracę.

Mam taki system pracy, że wstaję rano i w ciągu dnia mogę zajmować się moimi trzema zajęciami. Piszę tekst, jadę i przeprowadzam mediację a na koniec dnia zajmuję się jeszcze blogiem. Oprócz tego mam wieczorem jeszcze czas by wyjść na długi spacer lub poćwiczyć, iść do kina czy poczytać książkę. Wyrwanie się na spotkanie z przyjaciółmi też nie stanowi dla mnie problemu.

Wirtualne zawody

Mój wybór nie jest jedynym słusznym. Część ludzi  może  woli pojechać do biura aby np.  spotkać się ze współpracownikami.

Uważam jednak, że praca zdalna będzie co raz popularniejsza. Co raz więcej  osób do wykonania swojej pracy potrzebuje tylko stałego łącza internetowego. Jasne, że zdalna praca nie znajdzie oczywiście zastosowania w każdej profesji bo. np. lekarz nie zrobi operacji pacjentowi wirtualnie, nauczyciel na odległość zajmie się dziećmi na świetlicy a strażak ugasi pożar. Jest już jednak gross zawodów, które można wykonywać zdalnie nie tracąc czasu na dojazdy jak np. programista czy dziennikarz. A dla pracodawcy też jest to na rękę bo oszczędza na mediach.

Tak fajnie jest być dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem.

Sztuka o braku dzieci

Kto się boi Virginii Wolf” w Teatrze Polonia to dramat o braku dzieci

 

wv-2
kadr ze spektaklu „Kto się boi Virginii Woolf”

Wiosna rozgościła się na dobre na każdym polu. Na zewnątrz trawa robi się co raz bardziej zielona a w kinie wieje nudą. Typowe dla tej pory roku. Filmowcu nie puszczają nic godnego uwagi bo ludzie wolą grilować i jeździć  rowerem aniżeli siedzieć w ciemnej kinowej sali.

W teatrze bez grilla

Na szczęście oprócz kina są jeszcze teatry. Ich dyrektorzy starają się wychodzić na przeciw oczekiwaniom widzów. Wczesną wiosną korzystając z tej oferty obejrzałam w Teatrze Polonia sztukę „Kto się boi Virginii Woolf” w reżyserii Jacka Poniedziałka. Sądząc po nazwisku reżysera wiedziałam z góry, że nudno nie będzie. Dramatu Edwarda Albeego-wstyd przyznać- ale nie czytałam. Tym bardziej ciekawa byłam spektaklu.

Ot, sztuka o tym, że spotykają się dwa małżeństwa. Młodsze przychodzi na kolację do starszego. Znajomość bierze się stąd, że dwaj panowie pracują ze sobą na uczelni. Wydawałoby się, że będą rozmawiać o jakiś nudnych naukowych tematach. Nic bardziej mylnego.Poniedziałek  w sztuce kładzie nacisk na emocje. Aktorski kwartet z Polonii: Ewa Kasprzyk i Krzysztof Dracz oraz Piotr Stramowski i Agnieszka Żulewska, rozgrywają jedno. Chodzi o to by upokorzyć drugiego człowieka i znaleźć w tym lekarstwo na własne kompleksy, poczucie niespełnienia, nieradzenie sobie z emocjami, zagubienie.

Najbardziej upokarzają się wzajemnie małżonkowie grani przez Ewę Kasprzyk i Krzysztofa Dracza. Kasprzyk w typowej dla siebie roli podstarzałego i seksownego wampa nie szczędzi na scenie kurw i możliwości wytknięcia swemu mężowi każdej słabości.

Starsi wciągają w swoje kłótnie młode małżeństwo. Od słowa do słowa, od uśmieszku do uśmieszku zaczyna się jatka.  Starsi dają popis młodszym, obrzucają się błotem i wyciągają ze swego życia najintymniejsze szczegóły. Niezabliźnione rany z dawnych lat. W młodszych wtedy  też budzą się demony przeszłości. Bohaterowie Agnieszki Żulewskiej i Piotra Stramowskiego nie chcą być gorsi i też zaczynają się kłócić. A wszystko jest sutko zakrapiane alkoholem. Te kłótnie z jednej strony są śmieszne  bo publiczność reaguje żywiołowo na czarny humor. Z drugiej jednak cała sytuacja jest żałosna i widz zastanawia się jak to możliwe, że dwoje ludzi żyje razem i tak się nie cierpi.

Dramat wielu

Można pomyśleć, że  wszystkiemu winny jest napój z procentami. Problem, jak to zazwyczaj bywa, leży głębiej a alkoholem się go znieczula. Bo oto okazuje się, że katalizatorem wzajemnego bólu u państwa starszych jest nieobecny syn. Zginął jakiś czas temu w wypadku, ale rodzice zdają się jakby nie dopuszczać do siebie tej myśli. Matka żyje w przekonaniu, że chłopak wyjechał na studia i niedługo wróci. W domu ma nawet coś na kształt ołtarzyka, za pomocą którego oddaje cześć swemu dziecku. Zaś u państwa  młodszych problem też rozbija się o  dzieci.  A w zaszie ich brak. Młoda kobieta ma problemy z zajściem w ciążę. Jest w depresji. To powoduje m.in. kryzys w jej związku.

Jacek Poniedziałek niech  sobie mówi, że to jest spektakl  o dzisiejszej Polsce, o kłótniach i swarach a reżyser nawołuje Polaków do przebudzenia. Może tak by i chciał, ale dla mnie sztuka  wyszła mu trochę o czym innym. Nie chodzi tu też o zwykłe kłótnie małżeńskie. A raczej  o dramat dotyczący pewnego co raz bardziej powszechnego problemu. Tragedia związana z utratą dziecka jednej i niemożność jego posiadania u drugiej. Tym problemem jest podszyta każda rozmowa i każdy sygnał jaki wysyłają sobie bohaterowie sztuki.

Spektakl daje do myślenia o tym, że dzieci można nie chcieć wogóle albo nie chcieć na razie. Bo brak odpowiedniego partnera, bo kariera, bo pieniądze… A gdy już się ich zachce, obudzą się instynkty ojcowskie i macierzyńskie a nie można mieć potomka to dopiero jest dramat.

Dotyk powoduje u nas strach

Jesteśmy dość zamkniętym w sobie społeczeństwem i boimy się bliższego kontaktu  i dotyku z drugim człowiekiem.

photo-1415369629372-26f2fe60c467
otworzyć się na dotyk pomagają zwierzaki

Nie lubimy dotyku innych homo sapiensów, jeśli nie są naszym mężem, żoną, dzieckiem bądź matką etc. Tak przeczytałam na ostatnio na jednym z bardziej popularnych blogów. Zastanowiło mnie dłużej to stwierdzenie. A to dlatego, iż jestem teraz w takim stanie, że osobniki z mojego gatunku chętnie dotykałyby pewnej części ciała. Chodzi o mój rosnący brzuch. Część osób uważa, że dotyk ciężarnej przynosi szczęście. Ja przesądna nie jestem, ale nie mam nic przeciwko temu aby ktoś położył rękę na moim brzuchu. Nie zdarzyło mi się dotąd aby rodzina czy znajomi robili to nachalnie. Poza tym, zawsze pytają o pozwolenie.

U cioci na imieninach

Awersja do dotyku, o jakiej pisze autorka bloga, nie ogranicza się tylko do ciążowego brzucha. To szerszy temat. My Polacy tak średnio na jeża lubimy czułości. Owszem przy okazji rodzinnych spotkań zdarza nam się całować w policzek trzy razy np. z ciocią, która nastawia swoje lico. Wiele ludzi robi to jednak z przymusu. W gronie przyjaciół czy koleżeństwa popularne są natomiast pojedyncze całusy w policzek na powitanie. Chętniejsi do takich czułości są ludzie z większych metropolii. Pochodzę z małej miejscowości i nie zaobserwowałam takiego zwyczaju w swoich rodzinnych stronach. Kiedy przybyłam na studia do Warszawy od razu zauważyłam, że na porządku dziennym jest fakt, że koleżanki dają buziaki innym dziewczynom na powitanie albo też obdarzają taką czułością kolegów. Nie mylić z własnym, prywatnym chłopakiem.

Meksykański dotyk

Na naszym tle powitania jakie serwuje się np. w Meksyku wydają się czystą rozpustą.  Meksykanie, wiadomo południowcy, całują się na lewo i prawo. Dotyk ich nie stresuje. Miałam okazję popatrzeć na te gorące uściski kiedy byłam w Meksyku dwa lata temu u znajomych. Ojciec naszego przyjaciela, który de facto dopiero co poznał mnie i męża, tak nas wyściskał, że aż nam kości w krzyżu trzaskały.Meksykanie serdecznie witają każdego nieznajomego. Są przy tym otwarci i radośni. Wymiana czułości z drugim człowiekiem przychodzi im naturalnie i spontanicznie. Nie wiem jak takie zachowania są przyjmowane np. w meksykańskich biurach. Mogą tam panować nieco inne zwyczaje.

Otwartość Meksykanów sprawia, że oni prawie nie znają takiego słowa jak depresja. Liczą się duże rodziny, silne relacje między ludzkie. Częste spotkania, podczas których każdy może powiedzieć co mu na wątrobie leży i liczyć na wsparcie drugiej osoby.

Fala samobójstw

Co innego dzieje się w Europie. W Skandynawii np. jest dużo samobójstw. Nie bez kozery. Brakuje tam słońca a Szwedzi w długie i ciemne wieczory lubią swoje smutki topić w alkoholu. Stąd później depresje i samobójstwa. W Polsce też nie jest kolorowo Rocznie samobójstwa popełnia 6 tys. osób. To więcej niż roczna liczba ofiar wypadków samochodowych. Nasza średnia otwartość, co raz częstsze popadanie w  pracoholizm i rzadsze spotkania z drugim człowiekiem, prowadzą na manowce. Czyli nierzadko do depresji. Ale to tylko jedna z jej przyczyn.

Dla mnie to naczynia powiązane. Niechęć do dotyku równa się często brak otwartości na drugiego człowieka. Niektórzy boją się dotyku np. buziaka na powitanie bo wydaje im się, że przez  kontakt skóra-skóra przenoszą się bakterie. Zapewne w czasie czyjejś choroby tak, ale nie dajmy się zwariować. Uodpornienia na takie obsesje bardzo skutecznie uczą zwierzęta. Jak się ma w domu psa czy kota wychodzącego na dwór, nie ma bata aby nie przynosił do domu jakiś zarazków. No i ta wszechobecna sierść. Odkąd w moim mieszkaniu pojawił się kot, pozbawił mnie złudzeń, że mam w mieszkaniu  sterylny porządek. Ale wiecie co ? Bardzo się z tego cieszę. Jeszcze się od tych zarazków nie rozchorowałam. A i mam dzięki kotu więcej otwartości na ludzi.

Dlatego zorganizuj sobie zwierzę w domu a przybędzie Ci otwartości dla ludzi. I dotyk będzie nie taki straszny.